Po pierwsze zaraza się szerzy. Druga narzeczona Królika, która jest uosobieniem żelaznej odporności złapała katar. Życie i narzeczoną trochę już znam i wiem, że niewinne owo dziecię rozsiewa zarazę z tego kataru po całym przedszkolu. Mama "zarazy" nie zostawi córki w domu, gdyż ponieważ chce odpocząć, sama będąc w wysokiej ciąży. Przyprowadza zatem małą gilerową do przedszkola, no bo przecież to tylko gile. Tak, dla jednych tylko gile, a dla innych zmutowana zaraza.
Reasumując zaraza jest już na mnie, przeszła oczywiście z Królika. Jutro pewnie będzie na mojej mamie, bo przychodzi go pilnować, a jak się mogę domyślić połowy grupy przedszkolnej po łikendzie nie będzie, za wyjątkiem panny gilerowej, która niczym broń biologiczna innych powala, a sama zawsze się ostoi.
Po drugie. Przemeblowanie w kuchni natchnęło mnie już na poważnie na banoffee pie. Robię go więc i spożyję niebawem myśląc o tych, co za morzem żegnają się nowym przyjacielem i w związku z tym...po trzecie. Jedni płaczą, że K. jedzie do Polski, a inni z radości chodzą na rzęsach. Gdybym była Matka Almighty to nie wiedziałabym czyich modlitw wysłuchać.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz