poniedziałek, 31 grudnia 2012

Dobry 2012

 Biegało się po zielonych niwach... i poznawało tajniki życia drugiej żony.
 I znalazło się piasek na angielskiej plaży oraz morze, które samo przyszło do mnie a nie ja do niego.
 Sprzedało się dziecko fajnemu wujkowi...
 I prawie kupiło nowy materac...
 Z cudzym (dużym już) dzieckiem zwiedzało się Łódź, która może wciąż zachwycać.
 I spędzało się czas kreatywnie :)
 Do tego wylądował DRIMLAJNER, który stał się bohaterem niejednego zdjęcia i wpisu.
K. poleciała i wróciła ku rozpaczy i radości pozostałych.
 Samba wymieszała się z autobusami i tramwajami
 A MY pozostaliśmy niezmienni.
 Choć prawie porwali nas piraci.
Niech 2013 będzie dla Was moi mniej i bardziej bliscy taki jakim sami chcielibyście go widzieć.
Ja dziękuję Bogu za każdą chwile, która pozwoliła mi dotrwać aż do dziś. W zdrowiu, z książką  pod ręką i z plikiem nowych ludzi wokół, którzy niejednokrotnie rozjaśniali mi szarość dnia codziennego.

"Kiedy miejsce, w którym przyszło mi być zasiewa we mnie złość, zrezygnowanie i rozczarowanie - zatapiam się w obrazach malowanych obiektywem przez ludzi, którzy są ze mną po prostu". Sercowa Matka Królika

sobota, 29 grudnia 2012

Middle-earth night

"A droga wiedzie w przód i w przód
Choć zaczęła się tuż za progiem –
I w dal przede mną mknie na wschód,
A ja wciąż za nią – tak jak mogę...
Skorymi stopy za nią w ślad –
Aż w szerszą się rozpłynie drogę,
Gdzie strumień licznych dróg już wpadł...
A potem dokąd? – rzec nie mogę"

J.R.R.T 



Królikowe choroby lubią krzyżować Matce plany. Matka wyćwiczona w nieoczekiwanych zwrotach akcji potrafi się w ciągu godziny przestawić na tryb "niepójdenapartybokrólikchory". Wielką miałam chęć świętować Sylwestra 29 grudnia, ale muszę zmienić profil na czuwanie. Też dobrze. Książkę skończę, następną przeczytam.

Wczoraj zaś Matka była na okrzyczanym przez sekcję epicką Hobbicie wg Jacksona (bo inaczej tego nie można nazwać). Towarzystwo zacne i nadające się na kolejne przyjacielskie "randki". Film 3D - Matce oczy wyszły z orbit i weszły za uszy. Poryczała się na początku, a nie na końcu, bo koniec przecież dopiero za dwa lata. Z pewną dozą niepokoju podeszła Matka do ekranizacji krótkiej książki rozwleczonej do trzech części, nie rozczarowała się mimo wszystko, ale zatonęła w sprytnie zmontowanej historii śródziemna, której tylko tłem został Bilbo Baggins.

Wieczór wycofał Matkę w czasy, kiedy Sindarin był na porządku dziennym, aż serce jej mocniej zabiło, bije zresztą do tej pory, bo kiedy baśń się kończy - myśl wciąż podąża w kierunku mniej lub bardziej żywych marzeń o tym, żeby było jak w bajce, choć troszeczkę. Czarno-biało. Z miłością zamiast polityki.

wtorek, 18 grudnia 2012

A pamietasz?

A pamiętasz?
Jak M. w Arturówku chodził w białej, retro koszuli i pytał czy może podobać się dziewczynom?
Jak jedliśmy wspólne śniadania na trawie, a raczej na karimatach?
Jak pomimo kontuzji pojechałam z waszą zgrają gimnazjalistów na zlot?

Takie wspominki przewijały się wczorajszego wieczora przy trzech kubkach pysznej herbaty i raclette ze wszystkim co tam było w lodówce Ab.

Przy końcu roku Matkę siłą rzeczy bierze na wspominki. Te fajne i mniej fajne. Zawsze też dochodzi do tych samych wniosków - młodzi ludzie inspirują. Matkę zachwyca to, kiedy dążą do realizacji swoich marzeń. Są zadzwiająco wyrozumiali. Nie pytają np. dlaczego Matka ma tylko jednego Królika, a jesli im się zdarzy - starają się zrozumieć.

Kiedyś ktoś Matce powiedział, że ciężko  inwestować w młodych, bo prędzej czy później odejdą. No cóż, minęło sporo czasu. Nie odeszli, są nadal. Po ślubach, po studiach. Pojawili sie też inni.

Przy końcu roku Matka życzyłaby sobie starzeć się wśród młodych. Siwieć patrząc jak rodzą się ich ideały i pomysły. Czytać wciąż te same książki i ogladać podobne filmy.

piątek, 7 grudnia 2012

Zaraza c.d.

Śnieg / Shutterstock
Od siedzenia w domu Matce się we łbie poprzewracało i nie tylko tam, ale też tak normalnie, zwyczajnie na śliskim chodniku. Ledwo Matka wyszła z domu na jedną chwilę, żeby Królika odstawić do przedszkola, a już wyrżnęła pierwszy raz tej zimy.  Jednym słowem buty przeszły test, który okazał się negatywny. Żyję jednak i mam się dobrze, gdyby nie zatkany nos i alkoholiczny głos.

Na osłodę Matka zrobiła rodzinie i przyległościom cynamonowe bułki. Jest to nie lada wyczyn, kiedy trzeba je piec w czterech partiach używając do tego prodiża z lat 70'. Wniosek z tego taki, że czasem pochorować warto. Można i pognić bezkarnie, i Galacticę obejrzeć, i nadrobić Goodkinda, i popracować tez można w hołmofisie bez makijażu, fryzu, w piżamie. Można też nanibowo ulepić z MS bałwana na dachu i rozpalić ognisko, porozmawiać z AD o niedawno zatrudnionym Aragornie i zaburzeniu zmysłu HRowca.

A teraz Matka idzie odetkać nos.

niedziela, 2 grudnia 2012

Zaraza o smaku tofi

Po pierwsze zaraza się szerzy. Druga narzeczona Królika, która jest uosobieniem żelaznej odporności złapała katar. Życie i narzeczoną trochę już znam i wiem, że niewinne owo dziecię rozsiewa zarazę z tego kataru po całym przedszkolu. Mama "zarazy" nie zostawi córki w domu, gdyż ponieważ chce odpocząć, sama będąc w wysokiej ciąży. Przyprowadza zatem małą gilerową do przedszkola, no bo przecież to tylko gile. Tak, dla jednych tylko gile, a dla innych zmutowana zaraza. 

Reasumując zaraza jest już na mnie, przeszła oczywiście z Królika. Jutro pewnie będzie na mojej mamie, bo przychodzi go pilnować, a jak się mogę domyślić połowy grupy przedszkolnej po łikendzie nie będzie, za wyjątkiem panny gilerowej, która niczym broń biologiczna innych powala, a sama zawsze się ostoi.

Po drugie. Przemeblowanie w kuchni natchnęło mnie już na poważnie na banoffee pie. Robię go więc i spożyję niebawem myśląc o tych, co za morzem żegnają się nowym przyjacielem i w związku z tym...po trzecie. Jedni płaczą, że K. jedzie do Polski, a inni z radości chodzą na rzęsach. Gdybym była Matka Almighty to nie wiedziałabym czyich modlitw wysłuchać.