środa, 27 lutego 2013

Alpha start - całe życie z wariatami



Matka pracuje z wariatami. To już sprawa definitywnie przesądzona. Sama też zachowuje się dość osobliwie. Przepraszać jednak za wczorajsze zachowanie podczas jakże doniosłej chwili przy wspólnym stole nie będzie, gdyż doszły ją słuchy, że właśnie owo jej niekontrolowane zachowanie było przyczyną zapisu na listę Alfy niektórych osób. Jaki z tego wniosek? Maski z twarzy drodzy Państwo.

Alee...wysyłanie mi podczas wykładu N.Gumbel'a smsem treści rozśmieszająco-obezwładniającej było ciosem poniżej pasa. I niech R. nie ściemnia, że nie wiedział o moim wyjściu do ludzi za dwie minuty od wysłania tej jakże istotnej wiadomości. Uspokoić się w przeciągu 120 sekund, spoważnieć i zacząć mówić o bardzo istotnych sprawach było wyczynem ponad moje osobiste siły. Mówiłam zalana łzami, podawano mi chusteczki. Pytanie kto odkrył w tym łzy wzruszenia, a kto nasze mało odpowiedzialne zachowanie? Jak już jednak napisałam. Pracuję z wariatami i teraz pięć razy się zastanowię nad tym, zanim odbiorę bardzo ważną wiadomość przed publiczną przemową.

Podsumowując. Alpha startuje z 14 osobami, w tym jedna wpisana z wiarą, dwie zdrowo porąbane, które zamiast telefonów zapisały mi na liście serduszka i kwiatki. Life is worth exploring :)

sobota, 23 lutego 2013

Lot z zielenią w tle

Matka napisałaby recenzję "Lotu", ale ma czarno-białą plamę i generalnie jeszcze się otrząsa z przeżyć zafundowanych przez D.Washingtona, tak autentycznego w swoim przekazie, że:
- Matka chciała pluć na ekran,
- otworzyły się jej wszystkie klapki niekontrolowanych emocji,
- ryczała z bezsilności,
- spadła do poziomu gimnazjum tym razem (ostatnio było liceum) zbyt głośno wyrażając samą siebie, czym jest do tej pory mocno zażenowana.

Jednak tak generalnie i bez emocji (powiedzmy), rzecz biorąc. Film perfekcyjnie zagrany przez zielonego, z zielonymi w tle i to w rożnych odcieniach tej zieleni. Jak w domu kochani, jak w domu. Z delikatnym akcentem na nasze rodzime misje NN i TC w wydaniu amerykańskim. 90% widzów jak nie więcej oglądając poczuje się i tu się powtórzę - JAK W DOMU, ze względu na problem, który poruszał film.

Dzisiejszą sobotę Matka spędzi na dalszym otrząsaniu się.



piątek, 22 lutego 2013

Wpis autoterapeutyczny bez obrazka

1. Mam kryzys matkowania, ale w swojej upartej dumie nie pójdę się wypłakać żadnej matce. Już uprzedziłam fakty i sobie odpowiedziałam co usłyszę, więc pielęgnuję ten kryzys w samotności, próbując dojść do ładu z moim elokwentnym, mocno przekonanym o swojej racji, wrażliwym (po matce dziedziczy się co najgorsze) sześciolatkiem. Na razie doszliśmy do porozumienia, w tym, że Matki trza słuchać bez względu na okoliczności mniej lub bardziej zabawowe.

2. Mam potrzebę: pojechania do lasu z Pustym, pójścia do Dekadencji z Env, wyizolowania się w celu skończenia Wichrowych Wzgórz na jakiś jeden dzień, posadzenia mięty i melisy na balkonie, posiadania The Message w celach odcięcia się od wyrytego na amen w głowie Warszawskiego przekładu Biblii, wypicia domowej kawy i pobycia sobą z RM, pójścia do kina z Tatą Królika. Z czego dwa ostatnie dziś będę realizować, że tak się wyrażę - po trupach. Choćby nie wiem co!

3. Mam mieszane uczucia w związku z otaczającymi mnie ludźmi. Albo to ja tak mocno się zmieniłam, albo oni zawsze byli tacy jacy są, a ja dorabiałam im w zależności od nastroju aureolę lub rogi.

ps. Niniejszym pozdrawiam pomysłodawcę lajfowego projektu kaloryferowego. Jako uważny obserwator stwierdzam osiągnięcie celu satysfakcjonującego dla żeńskiej części czytaczy.
ps2. Rssowców też pozdrawiam :)

niedziela, 17 lutego 2013

Kisiel, telefon i Alfa


"Mamo, pachniesz jak kisiel owocowy" - powiedział Królik kładąc się na mnie rano. Matka powinna potraktować to zdaje się jako komplement. Tak czy inaczej po nocy pełnej wrażeń i bardzo realistycznych w swojej wymowie snów może nie pachniała jak kisiel, ale  zdecydowanie tak właśnie się czuła. Nie wiedzieć dlaczego wszak, organizowała warsztaty samby zamiast M. tej nocy i miała do ogarnięcia jakieś 50 osób. To jest chyba już najwyższy stopień empatycznego zestrojenia, żeby śnić czyjeś sny, a nie swoje własne.
 
Poza tym kiślem (kisielem?) Matka przeprowadziła dziś bardzo przyjemną rozmowę telefoniczną, przypominając sobie o tym, że istnieją dawno zapomniani ludzie, którzy  rozumują Matki pokręconym rozumem. Gdzie zatem Matka zagubiła ich się pytam? No gdzie? I dlaczego to aż Siła Wyższa musi zaingerować, żeby człowieka z człowiekiem "spotkać" i zachęcić do współpracy.
 
Ostatnia sprawa, która poniekąd wynika z powyższej rozmowy. Tak trochę służbowo, ale od serca. Kolejna Alfa już za chwilkę. Alfa czyli odzieranie Boga z religii i wyjmowanie jego wizerunku z ramek. Matka jest podekscytowana, szczególnie zaś składem teamu, który zmontował się ponadnaturalnie i idealnie. Może to świadczyć o tym, że będzie albo rewelacyjnie, albo podwójnie ciężko. Nie wierzę wszak w przypadki, a kaliber liderów w tej edycji jest z wyższej, dobrze wypolerowanej półki prawdy, bez grama hipokryzji i moherowych odjazdów. 
 

sobota, 16 lutego 2013

Kochana

Moja kochana, cudowna G. Kobieta idealna, piękna. Kobieta przyjaciel o najwyższej próbie szczerości - rzadko spotykana w dzisiejszym świecie. Ta, która stara się zrozumieć rysy na moim sercu i nie odchodzi myślami po modlitwie do swoich spraw. 

Za co ją kocham? 
Właściwie za nic, za to, że jest. Za to, ze tak niewiele nam potrzeba - kubek z herbatą, kawałek stołu i trochę czasu. Za to, że zjawiając się u mnie sprawia, że cała rodzina się uśmiecha
Szczęśliwa jestem, że mogłam ją poznać. Jej radość, łzy i to co skrywane głęboko - niewidoczne ludzkim okiem.
Chciałabym dać jej szczęście, które przewyższa ludzki rozum nie tylko na dzisiejsze urodziny, ale każdego dnia. I życzyć egoistycznie nam:
- kuchni pełnej pachnących ziół
- herbaty z miodem i cytryną
- filmów oglądanych nocą na rozłożonej czerwone sofie
- ludzi przychylnych naszym myślom
- i tych, którzy będą kochać ponad życie i pomimo wszystko

wtorek, 12 lutego 2013

Dzień w punktach

1. Młody balował dziś w stroju policjanta.

2. Matka balowała w papierach ponosząc totalną porażkę kolejnego błędu w rachunkach. Pedagog z domieszką teologii nie powinien prowadzić rozliczeń, bo może się to skończyć bardzo źle. Pół biedy kiedy zagubi się gdzieś 20 gr,  gorzej, że w cyferkach dla Matki nie ma znaczenia, czy zero jest przed, czy po i ile tych zer właściwie jest.

3. Matka czeka z utęsknieniem, czy M. dopisze ją do drugiego punktu listy pt. "Do zrobienia w Polsce. Środę ma zaklepaną na amen.

3. Tata Igi z przedszkola powiedział Matce, że ma brzydkie włosy, na co Królik (kiedy facet już tego nie słyszał na szczęście) stwierdził, że tata Igi jest głupi i sam jest brzydki :) To taki dzień, kiedy zdecydowanie cieszę się, że mam syna.

4. Tata Królika poszedł do kina, albo na film. Ja tam nie odróżniam, a Matka zostaje z książką, którą żal jej skończyć i dlatego nie czyta już od półtora tygodnia, choć ponoć czytamy dlatego, żeby wiedzieć, że nie jesteśmy sami. Julian skończył ją już dawno i było mu trochę smutno, Matka też się boi, że będzie tęsknić za Kahlan i Richardem, ale podejmie dziś wyzwanie.

niedziela, 10 lutego 2013

Sandej

W "pracy" tłumy. Miejsca siedzącego spóźniony nie uświadczysz. Ludzie najwidoczniej szukają Boga i jakoś tak po drodze trafiają do nas. Czasem Matce się wydaje, że 3/4 twarzy jest zupełnie nowa, a może to dzieci urosły?

W związku z powyższym Matka coraz częściej wita niedzielne poranki z uśmiechem, wiedząc, że np. D.Z. podejdzie i powie z przekąsem: "Witam siostrę Głaz". Na co Matka odpowie: "Cześć Z, jak życie?", "Beznadziejnie"! - stwierdzi D.Z szczerząc zęby.  H.R. złapie mnie na korytarzu, żeby podarować sekund pięć czułości matczynej, a M. pokiwa przez pół sali łańcuszkiem wiszącym na szyi K., która swoją drogą cuda biżuteryjne potrafi umotać. 
R.T. po rozpoczęciu nabo do M. wyśle smsa pt. "Znów się spóźniłem", a A.K. odnajdzie mój wzrok, przy kolejnym głośnym AMEN I ALLELUJA, żeby załapać nić porozumienia i bez słów powiedzieć sobie "Achaaaa, zaczyna się!".
 
Niedziele są dobre. Są jak dobrze znane miejsce, do którego chętnie się wraca, żeby odbudować sobie swój wewnętrzny świat. Są dobre, nawet wtedy, kiedy ktoś klaszcze nierówno, a inny zamiast stać - siedzi. Dobre są, kiedy Matka uświadamia sobie, że to nie praca, choć jednak nią jest w mniejszym lub większym stopniu.
  

wtorek, 5 lutego 2013

Książki

Ludzie są jak książki. Odkrycie to zaskoczyło mnie przy nalewaniu kawy do żółtego kubka z napisem "inspiring".

Są horrory, romanse, dzieła naukowe, SF i fantasy, długo ciągnące się sagi, poezje, lekkie opowiadania. Niektóre z nich bierze się do ręki i odkłada po kilkunastu stronach nie mając siły dalej czytać bzdur, inne wciąga się bez opamiętania wszędzie i o każdej porze - dając się ponieść pasjonującej, choć czasem dość płytkiej fabule. Kiedy skończy się taką książkę, więcej się do niej nie sięga. 

Są też takie, które zaczynają fascynować stopniowo, a później wraca się do nich raz za razem, jak do najbliższych przyjaciół. Niektóre po prostu się kocha, choć są bardzo smutne do innych podchodzi się z dystansem, są zawsze pod ręką, żeby rozśmieszyć albo zainspirować.

Jetem na etapie czytania kilku książek na raz. Jedną z nich czytam od czasu do czasu, choć prawdę mówiąc często myślę nad chwilą, kiedy będę mogła zostać sam na sam z jej zwyczajną choć bardzo wciągającą treścią. Początek nieco epicki rozwijający się w przygodę z elementami romansu, takiego na szczeniackim poziomie. Druga - dawno odłożona na półkę, smutna i nigdy nie dokończona. Powieść o życiu, prawdziwa, napisana z humorem i elementami groteski - niebezpieczna, ludzie często nie chcą jej dalej czytać, bo jest "niekoszerna".

Jest też literatura kobieca, lekka, z domieszką łez. Tą czytam wieczorami przy świecach, z kubkiem herbaty malinowej. Czasem przy niej płaczę, czasem się modlę.

Najbardziej jednak drażnią książki, które wciągnęły mnie całą. Zatopiłam się w ich treści zapominając o całym świecie. Obiecywały w swoich słowach piękne zakończenie i możliwości powrotów - tymczasem skończyły się na etapie 3/4. Autor zmarł w trakcie pisania i nie znalazł się nikt, kto by spróbował je dokończyć. Przez to stały się irytującym wspomnieniem.

poniedziałek, 4 lutego 2013

Praca na obiżony nastrój

Łapki święte, na moim stanowisku
Nastrój Matki Królika obniżony w klasycznym stylu. To znak, że zbliża się wiosna. W brązowym kubku herbata z cytryną - w pełnym wydaniu, żadne pół. 
Od pisania odręcznego w pracy Matka ma odciski na palcach. XXI wiek, a dokumenty do szkoły wciąż trzeba na piechotę wypełniać. Przy dziennikach cała rachunkowość jest krainą bajkowych marzeń z bandą tęczowych kucyków radośnie galopujących wokół nagrobków.
 
Specyfika pracy Matki jest zadziwiająca. Multitasking w pełnym wydaniu z przerwami na rozmowy z ciekawymi ludźmi i tysiącami telefonów dotyczących ofert firm wszelakich energetycznych, telekomunikacyjnych, internetowych z hiperekstra pozycjonowaniem. Kiedy ktoś zadaje Matce pytanie, gdzie pracuje ogarnia ją lekka konsternacja, bo zaraz po tym padnie kolejne pytanie: "A jakie są Twoje obowiązki?". No cóż, obowiązki Matki są jak damska torebka, od chusteczek do smarkania, przez zszywacz i długopisy z "fejsbukiem"(!) po drodze aż do listów formalnych, mniej formalnych i kropek ćwiczących kreatywność. Wszystko to w otoczeniu najlepszych na świecie facetów, którzy z roku na rok mają do Matki coraz więcej dystansu.
 
Tyle na temat pracy, co oczywiście miało być sprytnym zagłuszeniem nastroju. Tak sprytnym jak wczorajsze "pa di di pa".