To, że Matka jest graczem namiętnym, to już niektórzy wiedzą. Np. Ci, którzy pokusili się spotkać z nią w Westeros. Oczywiście, że nie wygrała gry o tron, ale za to rozgrywała ją z pełną świadomością. Trudno nie wykorzystać faktu bycia Matką, kobietą, dziewczyną w gronie męskim. O ile w pracy (niepracy) Matki, kobieta ma pod górkę, bo musi zacisnąć zęby i działać w tle, co w oczywisty sposób walczy z jej osobistą dumą i w cudownie zabija wszelkie oznaki pychy, o tyle w zabawie... Otóż to, tam wychodzi z Matki wszystko to, czego w życiu codziennym robić nie wolno, nie wypada.
Matka jest już dużą dziewczynką i grę traktuje jako formę rozrywki, która daje olbrzymią przyjemność i satysfakcję, tym bardziej, że zmusza do chodzenia i poznawania nowych, interesujących ludzi. Zastanawiające jest jednak to, jak mocno osobiście można podchodzić do tych nierealnych rozgrywek. Czasem, kiedy Matka patrzy na wszystko z boku zastanawia się, czy tego typu zabawa nie powinna być poprzedzona badaniem dojrzałości emocjonalnej. Nigdy nie wiesz, w którym momencie przekraczasz cienką granicę ego przeciwnika w grze i zaczynasz wchodzić w jego terytorium psychologiczne, zupełnym przypadkiem nadeptując na odcisk deficytów.
Podsumowując jednak:
Wieczory, weekendy, a czasem poranki Matki, od momentu wejścia na "magiczne" wyższe levele są dość zabawne. Towarzystwo poszerzyło się nieco, o kolejnych panów (!), jakby nie dość ich było w pracy i w domu. Ilość wyskakujących hangoutów dobiła do końca ekranu w komputerze, a Tata Królika z przerażeniem obserwuje wciąż wibrujący telefon, który trzeba ignorować, bo inaczej nie dałoby się żyć w rzeczywistości.
Gdzie czas na normalność? W rozmowach Drodzy Państwo, pomiędzy grą, zabawą, ustalaniem strategii, jest czas, żeby nadstawić ucho i posłuchać co innym w duszy gra, a czasem odpowiedzieć pomiędzy pierwszym a setnym hackiem. A w tzw. międzyczasie porobić zdjęcia miejsc absurdalnych.



















