środa, 4 grudnia 2013

Gra, a może życie :)

Nikt nie mówił, że Matka jest normalna. Niektórzy nawet twierdzą, że jest z Marsa (wcale nie z Wenus) albo z K-Pax. Emigrantka twierdzi z pełną świadomością, że Królik posiada mamę kosmitkę, ba nawet sam ma pewne kosmiczne elementy w sobie. Jeśli spojrzymy na to z perspektywy bycia częścią wszechświata, to tak, z całą pewnością jesteśmy kosmitami.

To, że Matka jest graczem namiętnym, to już niektórzy wiedzą. Np. Ci, którzy pokusili się spotkać z nią w Westeros. Oczywiście, że nie wygrała gry o tron, ale za to rozgrywała ją z pełną świadomością. Trudno nie wykorzystać faktu bycia Matką, kobietą, dziewczyną w gronie męskim. O ile w pracy (niepracy) Matki, kobieta ma pod górkę, bo musi zacisnąć zęby i działać w tle, co w oczywisty sposób walczy z jej osobistą dumą i w cudownie zabija wszelkie oznaki pychy, o tyle w zabawie... Otóż to, tam wychodzi z Matki wszystko to, czego w życiu codziennym robić nie wolno, nie wypada.

Matka jest już dużą dziewczynką i grę traktuje jako formę rozrywki, która daje olbrzymią przyjemność i satysfakcję, tym bardziej, że zmusza do chodzenia i poznawania nowych, interesujących ludzi. Zastanawiające jest jednak to, jak mocno osobiście można podchodzić do tych nierealnych rozgrywek. Czasem, kiedy Matka patrzy na wszystko z boku zastanawia się, czy tego typu zabawa nie powinna być poprzedzona badaniem dojrzałości emocjonalnej. Nigdy nie wiesz, w którym momencie przekraczasz cienką granicę ego przeciwnika w grze i zaczynasz wchodzić w jego terytorium psychologiczne, zupełnym przypadkiem nadeptując na odcisk deficytów.

Podsumowując jednak:
Wieczory, weekendy, a czasem poranki Matki, od momentu wejścia na "magiczne" wyższe levele są dość zabawne. Towarzystwo poszerzyło się nieco, o kolejnych panów (!), jakby  nie dość ich było w pracy i w domu. Ilość wyskakujących hangoutów dobiła do końca ekranu w komputerze, a Tata Królika z przerażeniem obserwuje wciąż wibrujący telefon, który trzeba ignorować, bo inaczej nie dałoby się żyć w rzeczywistości.

Gdzie czas na normalność? W rozmowach Drodzy Państwo, pomiędzy grą, zabawą, ustalaniem strategii, jest czas, żeby nadstawić ucho i posłuchać co innym w duszy gra, a czasem odpowiedzieć pomiędzy pierwszym a setnym hackiem. A w tzw. międzyczasie porobić zdjęcia miejsc absurdalnych.










czwartek, 7 listopada 2013

Samolubny MEM

Wpadła Matce w oko, przy bardzo zwyczajnej, pół służbowej-pół prywatnej okazji kasiążka, z serii popscience. Zacne ponoć dzieło, które zdaniem osobistym matki jest 
a.w całości akceptowalne przez ateistów ignorantów b.niedotykane i traktowane z obrzydzeniem przez teistów ignorantów.

Ponoć miała ona dokonać rewolucji w świecie ludzi wiary, jakoś jednak rozgłos jej przycichł. Ci, którzy mieli zachować wiarę, polemizując z argumentami, z których nieliczne sięgają i zatrzymują się gdzieś w okresie Powstania Styczniowego - zachowali ją. Bogatsi o jakże "przydatne" i równie "empirycznie weryfikowalne" jak sam Bóg pojęcie memu na ten przykład. 

Tak, to już widać. Matka nie lubi Dawkinsa. Nie lubi go już od czasu stwierdzenia, że gen jest samolubny, co zakłada z góry, że jest on istotą myślącą. Popscience-fiction. Matka woli fauny, mówiące sarny i elfy - antropomorfizm wszak jest cechą charakterystyczną baśni, a nie nauki. 

Nie, Matka nie zgadza się, że wiary nie da się połączyć z nauką. A Einstein, Newton, Pascal, Kopernik? Czy wiara z założenia wyłącza rozum, jeśli dopuszcza istnienie czegoś, czego nie jest się w stanie ogarnąć, co ma w sobie element niezbadanej tajemnicy. Bóg w Trójcy jest tajemnicą. (Antytrynitarianie mnie teraz zlinczują). Horyzonty zdarzeń, teoria zamkniętej czasoprzestrzeni zapewne tego elementu sekretu nie posiada. Obydwie są w pełni sprawdzalne. Tak? To czemu Matka nie ma w domu drzwi, które otwierają tunel czasoprzestrzenny? Fajnie by było. 

Poza tym Darwinizm nie wylkucza teizmu - teraz zabiją mnie ci od kreacjonizmu i inteligentnego projektu. Choć Matka osobiście nie wierzy w to, że świat powstał z wielkiego skoncentrowanego "nic", które wybuchło. 

Wracając zaś do samego tytułu. Mem (taki kulturowy gen, socjologiczny wzorzec informacji) no cóż. Wiara w Boga jest memem, Matka się zgadza. Wiara w memy, też może być memem. Boga nikt nigdy nie widział, memu też, a skoro sam Dawkins mówi, że jeśli czegoś nie da się zweryfikować empirycznie to owo "coś" nie istnieje. Dowód na istnienie memu jest więc równy dowodom na istnienie Boga. Zaprawdę powiada wam Matka, ateizm w postaci Dawkinsowskiej jest mocno skomplikowany i wymaga odrobiny wiary ;) 

Podsumowując, Matka mimo wszystko rozumie gościa i jego polemikę z religią, która w swojej skrajnej postaci jest niszczącym wirusem. Tylko jaki ma cel zawężanie islamu jedynie do szyitów albo talibów, albo chrześcijan do purytan lub katolików. 

Nie wiem czy Matka zachęciła Was, czy zniechęciła. Warto (a może wcale nie warto) uzbroić się w cierpliwość, której Matce szczerze mówiąc zabrakło i rzucić okiem na "Boga Urojonego". Jeśli utwierdzi Was to w przekonaniu, że Boga nie ma - gratuluję wiary w Dawkinsa, a jeśli sprawi, że Bóg zacznie mieć znamiona urojenia, zweryfikujcie szybko, bo być może w Waszym przypadku Dawkins ma trochę racji i zadziałał mem religii, a przecież to nie religia - TO RELACJA.

niedziela, 27 października 2013

Rzeczy na dziś bezcenne

Mała Księżniczka, której Matka tłumaczyła, że nie warto zapraszać śmierci do domu.
Poranny uśmiech Miss D., po długich nocnych rozmowach.
Fismoll & Kari Amirian.
Kawa brazylijska.
"Dzień Dobry wujku Kamilu" - wypowiedziane na baczność przez grupę zwykle rozwścieczonych dzieciaków. (Matka padła i umarła).
Wspólny obiad niedzielny.
Szadko na instagramie.
Sarny i sowy :) w komplecie z M.Bruczkowskim.
Matki praca-niepraca.
Przytulony do Matki Królik.
A glimpse of Amsterdam.
Spotify.
Zaplanowany spacer wieczorny z Tym, który zabija melancholię.

wtorek, 22 października 2013

Miasto na "A"

Miasto jak człowiek. Pełne namiętności, sprzeczności wewnętrznych, oflagowane wolnością, która może w prosty sposób zawrócić w głowie. Kobiety wystawiające się jak opakowany w różowy papier towar na wystawie sklepowej - jedyne 50 euro za 15 min. Zadymione "kawiarnie", które mają sprawić, że poczujesz się wesoły, zrelaksowany albo "nakręcony". Prorocy uliczni - głoszący szybkie przyjście Pana. Duży podświetlony napis na budynku Samaritan's Inn - 'God roept u' (Bóg Cię wzywa) i Jesus loves you, w zestawieniu z wejściem w najbardziej 'wolnościową' dzielnicę.


  





















Tutaj sam dokonujesz wyboru. Kim jesteś. Co będziesz robił. Jaki kolor włosów masz na głowie, jaki hidżab. Do której społeczności się przyłączysz. Musisz się zdecydować. Nikt za ciebie nie podejmie tej decyzji. Jeśli wybierzesz źle, nie będziesz miał na kogo zrzucić winy. Proste? Byłoby, gdyby nie lata świetlne, które wychowały nas w pozornie bezpiecznym, adecyzyjnym społeczeństwie, z zasadami, twardo zarysowanymi granicami, w klatce norm, poza które się nie wychodzi, bo tak bezpieczniej. Czy na pewno? 







 Miasto, które po kilku chwilach uważnej obserwacji pozytywnie rozczarowuje swoją normalnością, spokojem, czystością. Próbuje zachować swoje "jestem" przed tłumem spragnionych rozrywki turystów i udaje mu się to. Na przedmieściach, w mieszkaniach z ogromnymi oknami, z widokiem na mniej uczęszczane uliczki, w doniczkach z wrzosem, lawendą i rozmarynem, łódkach spokojnie kołyszących się na wodzie. Ludziach idących do pracy, szkoły. Zręcznie omijających kolorowy tłum, który zostawia tutaj swoje euro, swój grzech, swoje zasady.






I amsterdam.

 


... I really am

wtorek, 1 października 2013

Pozytywne wzmocnienie?

Matka posłała Królika w szpony polskiej oświaty. Nie miała innego wyboru, choć pewnie niektórzy chcieliby jej wcisnąć na siłę homeschooling, na który jako kobieta pracująca czasu by nie znalazła. Poza tym, Matka nie jest zwolennikiem edukacji domowej wynikającej z pobudek religijnych. Tak wie, że gender, że agresja, przeludnione klasy, metodycy rodem z wczesnego PRLu w odpowiedzi na współczesne problemy rozwojowe i społeczne.

Królik trafił na cudną panią, która trafiła na jeszcze lepszą klasę. Tylko trójka, no może czwórka dzieci nadpobudliwych i dających upust swojej energii w niewłaściwy sposób. Dlaczego jednak Matka odnosi wrażenie, że tak piękna, mała, cicha szkółka przerażona jest dziećmi, które trafiły z Królikiem do klasy? Czyżby pojęcie "niegrzeczności" nie mieściło się w jej idealnych ramach, a dzieci nie dały się wytresować?

Złe zachowanie z czegoś wynika, a każdy przestępca kiedyś chodził do szkoły i miał szansę trafić w niej na człowieka, który z nim porozmawia do skutku. Tymczasem w naszej cichej, przyjemnej szkółce przyszły przestępca utwierdza się w przekonaniu, że żaden inny los nie jest mu pisany. Jeśli bije, będzie bił dalej. Jeśli nie słucha, dalej nie będzie słuchał. Jeśli jest niegrzeczny to już taki zostanie - bo człowieka trudno zmienić. Właśnie, człowieka, a co z zachowaniem?

Dlaczego naszym pedagogom tak trudno powiedzieć: "Źle wybrałeś, ale to można zmienić?". Dlaczego ludziom ciężko oddzielić człowieka od zachowania, grzesznika od grzechu? Matka nie ma zgody na negatywizm. Nie popiera szkolnej przestępczości, ale wie, że dla każdego jest szansa, żeby zawrócić, sęk w tym, żeby pokazać jak.

Matce ktoś kiedyś pokazał jak zawracać i dokonywać dobrych wyborów. Nie zawsze się udaje, ale jest wyjście.

piątek, 6 września 2013

Dlaczego Alpha?

Bo z wielu różnych projektów prowadzonych w Matkowej pracy-niepracy ten właśnie wynika ze stuprocentowego przekonania.

Bo Matka może widzieć, jak ludzie doświadczają niemożliwego, a co z tym dalej zrobią to już ich osobista decyzja.

Bo Matka może być każdorazowo zaskakiwana tym w jakich religijnych ramkach siedzi i jak łatwo przychodzi jej osąd nad wiarą innych.

Bo zespół Alphy składa się z największych dziwolągów zborzowych i jak się okazuje również pozazborzowych, co tylko potwierdza fakt, że Bóg może użyć każdego, żeby pokazać, że to nie my, bo kim my jesteśmy - grupą lekko stukniętych niezbyt poprawnych politycznie ludzi. (Dziwolągi proszę mi się tu teraz nie obrażać :))

Bo gotoworks.pl mogło zrobić bardzo fajną stronę o tu -> KLIK!


Zazdrościcie ładnej wizytówki Alphy? Nic straconego. Skontaktujcie się z Matką Królika, zedrę z Was uczciwą dla obu stron kasę na cele rozwojowe tychże zdolnych ludzi.

środa, 21 sierpnia 2013

Jedna szansa na milion

Zapaść blogowa u Matki trwa. Dziś tylko jedna myśl autorefleksyjna.

Warto, naprawdę warto być przy ludziach. Być wskazywanym palcem, rozliczanym, osądzanym i dla równowagi zaskakiwanym tym, że istnieją jednak takie jednostki, które przysłaniają cały negatywizm.

Matka wdzięczna jest za tą jedną szansę na milion, a może nawet za pięć albo sześć, które stale pokazują, że Ekklesia jest prawdziwym zwoływaniem siebie, które nie da się ująć w ramki ubioru, zachowań, norm, religii.
Tutaj powinny zostać umieszczone podziękowania dla tych, którzy przywracają wiarę w Kościoł wyjęty ze schematu. Tych, którzy dają "światu” prawo do wejścia w ich życie, a później zmieniają go nadając nowe, żywe i zdrowe znaczenie. To oni mają prawo zaobrączkować nadgarstek w WWJD, choć zwykle dostają Biblią po głowie.

Było poważnie, bo Matka jest śmiertelnie poważna ;)

niedziela, 11 sierpnia 2013

Z Emigrantką (osobiście)

Matka obija się niemiłosiernie. Nastąpił stopczas bloggerowy na rzecz cennych minut spędzanych z Emigrantką. Wrzuciłaby Matka może nawet jakieś zdjęcia, ale się zorientowała, że zostały zrobione nie jej kalkulatorem.

Cudownie jest być obok siebie. Dzwonić sto razy dziennie z każdą pierdołą, stać obok w Kazeciku, eksplorować szarość nowych płyt na Piotrkowskiej, zagadywać pracownika kawiarni, analizować nowe przyjaźnie i te zupełnie stare, pilnować cudzych dzieci w  ogrodzie, współdzielić rozmowę telefoniczną z Miss D., tańczyć spacerowo, pić Kamenitze i spowiadać się leżąc na złotych poduszkach w oknie kawiarnianym, boso, z książką byle jaką wziętą na chybił trafił z półki.

Emigrantka daje oddech. Jest poza strukturami. Bezczelnie wręcz doprowadza Matkę do szału tym, że każdego kocha i rozumie, co w istocie jest błogosławieństwem, w  innym przypadku bowiem nie usiadłaby z Matką przy jednym stoliku w restauracji, o przyjaźni nie wspominając. Jak sama o sobie mówi, jest jedną z tych niewielu (trzech właściwie) upierdliwych osób, które wiedzą czym jest pograniczny "syndrom eskejpa" i w bohaterski sposób radzi sobie z nim wręcz perfekcyjnie.

I pomyśleć, że była to ostatnia osoba, z którą Matka chciała mieć kiedykolwiek cokolwiek do czynienia. Life is worth exploring :)

czwartek, 1 sierpnia 2013

Zmiana urlopowo-królikowa

Matki chill out pracowy
Matka została sama na służbowym posterunku. Pierwsza zmiana wyjechała na zasłużony urlop, druga zmiana i tak przychodzi o 16 i ostatnimi czasy wskazanym przed nią (nim) wiać, gdyż lekko demotywuje. Trzeba "drugą zmianę" jednak zrozumieć, współczuć i posłusznie głowę spuścić w razie czego, gdyż nie każdemu się zdarza, że dwójka dzieci opuszcza gniazdo w tym samym czasie. "Pierwsza zmiana" natomiast odgraża się mocno, że nawet na twitterze się nie spotkamy. No cóż. Matka sobie poradzi, wszak to tylko 3 tyg. okrutnie, przeraźliwie długie trzy tygodnie podczas których Matka zdechnie na samotność pracową i zapomni jak posługiwać się językiem mówionym. To było po pierwsze.

Po drugie zaś zostały dwa dni do powrotu Królika z wakacji i Matka (wraz z Ojcem) muszą się generalnie rzecz biorąc ogarnąć, kopnąć w żyć i wrócić do rzeczywistości. Po stanie ich domu, stopniu niewyspania, złamanej osi w rowerze, pustce w lodówce i braku kasy w portfelu można jasno stwierdzić, że dziecko to jednak błogosławieństwo, klejnot harmonii kucykowo rzecz ujmując, ostoja odpowiedzialności, strażnik pobożności i grzechowstrzymywacz.

A po trzecie, nie, trzeciego nie będzie, bo musiałoby być lekką nutą melancholii, a Matka twarda jest, jak głaz :) na szczęście dla niej i ogółu.

środa, 24 lipca 2013

Po egzaminie

Drodzy Państwo,

Matka uzyskała wczoraj kolejny stopień awansu zawodowego, spowiadając się przed przedstawicielami kuratorium, wydziału edukacji i Kościoła Rzymsko-Katolickiego (!).

Jak było? Zaskakująco miło, biorąc pod uwagę różnice w konfesyjności katechezy, ogólny bałagan panujący w Departamencie Spraw Społecznych w naszym mieście i Matkowy brak strategii egzaminacyjnej.

Matka wybroniła zarówno pentecostalny poziom nauczania jak i swój własny-intelektualny, a wcale łatwo nie było. Pytania formułowane były w taki sposób, że interpretacja ich zajmowała ok. 2 min. Z pozoru proste, wprowadzały w lekki stan zamotania, przy którym miało się poczucie głupoty połączonej z czarną dziurą w myślach.

Bóg w swojej łasce jednakże zesłał Matce grzesznicy eksperta praktyka - księdza, z którym stopień porozumienia od pierwszych chwil był na poziomie +10. Sprzymierzyła się więc Matka z duchownym z KRK, a on tłumaczył jej język urzędowej teorii na użytkową praktykę, ukrywając braki, uwydatniając zalety.

Ośmielę się w pierwszej osobie napisać i nie przesadzić, że w jedym Duchu pokonaliśmy urzędowy system. KZ wspierane przez KRK, bez podziałów, bez wytykania błędów dogmatycznych, ze wsparciem i w zrozumieniu - warto było tego doświadczyć.

PS. Dziękuję wszystkim, którzy byli ze mną w ten czy inny sposób - z lodami, szampanem, modlitwą, nikonem, wodą. Posiadanie tego rodzaju ludzi dookoła to przedsionek nieba. Serio, serio.

PS.II. Ale wyglądałam inteligentnie ;)

sobota, 20 lipca 2013

Do egzaminu

"Przecież to nieludzkie robić egzamin w środku wakacji..." powiedziała Emigrantka, a Matka do tej wypowiedzi z rozkoszą się dołącza. 
Jeszcze w czwartek jej jęczenie i narzekanie w związku z powyższym osiągało już formy szczytowe, w związku z powyższym wzięła żyć w troki i próbuje ustalić o co szanowna komisja może ją zapytać, oby nie przysłowiowe treblinki w mimośrodzie.
Jako, że wewnętrznej motywacji do pokonania niezidentyfikowanego materiału (j.w. - kto wie o co zapytają) brak, został matce przydzielony Motywator Zewnętrzny, który w razie potrzeby KRZYCZY, grozi roczną przerwą w piciu kawy w razie oblania, sprawdza, kontroluje i generalnie goni do roboty, czasem nawet nie przebierając w słowach. MZ działa rewelacyjnie w tej roli, gdyż jest jedną z niewielu osób, w przypadku której relatywizm moralny przestaje działać - krótko mówiąc Matka nie jest w stanie ściemniać powołując się na chwilowo lub na dłużej przyjęty system wartości.

Podsumowując dzisiaj:
Stan wiedzy: jakieś 90%
Stan ogarnięcia notatek pomocniczych: 95%
Stan przewlekłej, hormonalnej głupoty: 70% (oby nie szło w kierunku pieluszkowego zapalenia mózgu)
Stan zjedzonych lodów: 0 :(
 

sobota, 13 lipca 2013

Hołm słit hołm

Wrócili. Cali i zdrowi. Matka musi teraz odpocząć od urlopowania w pracy. Ucałować biurko ukochane, pogłaskać komputer, poprzekładać papiery z kąta w kąt, pomyśleć intensywnie nad stroną alfową w jakże znakomitym towarzystwie.

Podsumowując bardzo udany pogodowo, kwaterowo i nawet w porywach - towarzysko wyjazd, Matka stwierdza, że odpoczywanie ją męczy, spowalnia myślenie, powoduje ból kręgosłupa. Generalnie jednak zwolnić warto, bo i mózg się wtedy zrestartuje, i rodzinnych rozkoszy można doświadczyć aż do przesytu.

Matka słów zbyt wiele dziś nie złoży, gdyż za bardzo cieszy się domem, ekspresem do kawy, wanną, Miss D, wifi w komputerze, kazecikiem i innymi "słithołowymi" cudownościami. W zamian za to ukradnie Tacie Królika kilka fotek.

Matka & Królik

Matka Królika ucząca się

Domek Królika

Matka & Królik - lans w Sopocie


cd. lansu

Matka & wąskotorowa uciecha chłopaków

Jagody, poziomki i pająki

Królik & leśne życie na drodze


niedziela, 30 czerwca 2013

Off

Drodzy Państwo Czytający,

Matka, Ojciec i Królik jadą odpoczywać od codzienności. Jadą razem (!). Może się nie pozabijają, wyśpią i nabiorą nowych sił. W związku z powyższym Matka przełącza się na tryb off-blogger, postanawia tęsknić szaleńczo za Miss D. i rozsądnie za innymi, poszufladkować na nowo znajomości, relacje i wariacje, odpokutować to co trzeba, etc.

Do zobaczenia po restarcie.



środa, 26 czerwca 2013

Jeden i dwa i po trzecie

1. Matka potwierdza, że jest w ogólnym edukacyjno-papierowym amoku, który ma nadzieję już wkrótce zakończyć. Na swoje usprawiedliwienie ma to, że większość nauczycieli trwa w tym stanie pod koniec czerwca.
W związku z powyższym Matka odbiera tylko wybrane telefony, odpowiada na niektóre smsy oraz bardzo ważne służbowe maile. Nie pamięta o tym, żeby zjeść obiad - karmić ją musi IK, nie pamięta, żeby zadzwonić po nabo do Emigrantki i żeby wyłączyć Outlooka jak robi się backup - generalnie rzecz biorąc, wybaczcie, ale Matka NIE PAMIĘTA bo jest jak wyżej napisała w amoku.

2. Matka walczy z kompleksami swojego wewnętrznego dziecka, które nauczyło się jeździć na rowerze w wieku 8 lat i nigdy nie umiało tego robić dobrze. W związku z tym w wieku już słusznym przechodzi samą siebie, pokonując lęki krawężników, górek, ulic ze strasznymi samochodami, które chcą ją zabić, deszczu padającego bardzo i innych niedogodności. Po dzisiejszym dniu jest z siebie dumna i zmokła.

A po trzecie i ostatnie, w wakacje Matka zdaje bardzo ważny zawodowy egzamin, zatem kto wierzy słusznie i prawidłowo - niech się modli, a kto nie wierzy, niech się nawróci - służę pomocą :)

wtorek, 18 czerwca 2013

Do trzech

Po pierwsze - Matka wraz z Miss D. choruje na lekką, acz upierdliwą dla mózgu i otoczenia postać humanowstrętu. Chorować razem jest zawsze raźniej, przynajmniej jeden drugiego w jakimś stopniu może zrozumieć. Miss D. ma lepiej, bo las ma blisko, a Matka musi pokonać "kilka" kilometrów, żeby się trochę odludzić.

Po drugie - Matka przekonała się, że jeśli jej zwykłe afirmacje przestają działać, głupotę najlepiej jest spalić w dowolny sposób - może być na rowerze. Zadziała jednocześnie jako forma pokuty, szczególnie jeśli trzeba podjąć decyzję, czy pojedzie się prawiebezhamulca, czy z hamulcem, dość niekomfortowo (choć do zniesienia) blokującym tylne koło.

Po trzecie - Kiedy siedzisz na ławce z drugim człowiekiem, no powiedzmy trochę więcej niż znajomym, on szanuje twoją ciszę, a  każdy z was czyta w tym samym czasie coś tylko dla siebie i jest to zupełnie normalne, i nie trzeba się zbytnio wysilać, żeby być - to proszę Państwa jest bezcenne. To zaprawdę leczy humanowstręt

czwartek, 13 czerwca 2013

Wcale nie tęskni

Dwa dość intensywne służbowe tygodnie zamknęły się Matce w okolicach wtorku. Cóż z tego, skoro emocje je nieco wyprzedziły i głowa nie chce zejść z wysokich obrotów. Już gdzieś w okolicach niedzieli Matka zaczęła podłapywać stan permanentnego naprzemiennego warczenia i milczenia, co oczywiście odbijało się na niewinnej niczemu rodzinie i ludziach, którym przez przypadek zdarzyło się zadać głupie pytanie. Jeszcze się to na Matce odbije w swoim czasie zapewne.

Poza tym, Matka usilnie udaje, że nie tęskni za Emigrantką, tak usilnie, że skręca ją od środka. Każda droga prowadzi ją gdzieś w okolice Narciarskiej, mijane kawiarnie przypominają ostatnie rozmowy sprzed 3 lat i 2 miesięcy, a wszystko to co się dzieje w KZ rodzi myśl: "Gdybyś tylko mogła to zobaczyć...". Ludzie wokół, choć naprawdę kochani i wyrozumiali, a czasem nawet bardzo bliscy, nie ogarną Matki Królika w takim stopniu jak ona. Emigrantka przyjmuje Matkę krańcowo, ostatecznie, pod każdym znanym jej imieniem. Gdyby apostołowie mieli swoje kolejne wcielenia ona byłaby Janem na 100%.
 


czwartek, 6 czerwca 2013

Oświatowe cuda


Matki częstotliwość bywania w Szkole Podstawowej, której formalnie jest częścią grona pedagogicznego jest zatrważająco niska. Dlaczego? Żeby zachować prawidłowy obraz polskiej/łódzkiej/śródmiejskiej/nieprominenckiej edukacji zgodnie z zasadą czego oczy nie widzą tego sercu nie żal.

Usilnie starając się dogonić zachód w kierunku poprawy szkolnictwa zrobiliśmy wielką dupę w kwiatach, że tak się brzydko wyrażę. 
Proszę Państwa, w naszym jakże przyjaznym dzieciom i rodzinie kraju jeśli szkoła nie posiada managera rodem z korporacji oraz dwóch niezależnych fundraiserów  - upada na pysk z wielkim hukiem, bo na ten przykład Wydział Edukacji subwencję na uczniów do oddziału "0" da, ale już na wyposażenie, które byłoby zgodne z regulaminem BHP szkoła musi sobie zarobić sama. Jaki jest tego rezultat można zobaczyć odwiedzając wybraną łódzką podstawówkę (wyłączając SP nr 1) w śródmieściu.

Raport z obserwacji wygląda tak:
35 dzieci w klasie przystosowanej na 26 z czego 10 z podejrzeniem nadpobudliwości psychoruchowej, a jedna ze stwierdzonym ADHD, 1 nauczyciel, brak nauczyciela pomocniczego, brak pomocy dydaktycznych, sklepik, gdzie równie dobrze mogliby sprzedawać cukier w kostkach - bo składem niczym się nie różni od produktów na stanie, brak możliwości wypuszczenia dzieciarni na wybieg, zakaz biegania po korytarzach oczywiście, ograniczona liczba godzin edukacji polonistycznej i matematycznej w klasach 1-3, sale niedostosowane do potrzeb po-reformacyjnej rzeczywistości, etc.

Matka absolutnie nie narzeka, gdzież by śmiała. Wszak sama w podobnych warunkach kończyła podstawówkę, z tą jedną różnicą, że wtedy wszyscy wiedzieli, że tak jest, bo kto w latach '80 wiedział co to PR, plany rozwoju, ewaluacje itd.

Zajrzyjcie Państwo do dokumentacji wybranego nauczyciela z tej przykładowej szkoły, zobaczcie ofertę, którą proponują wam dyrektorzy, zapoznajcie się z planem wychowawczym/profilaktycznym - a zobaczycie wonderland, pięknie wykreowaną na piśmie rzeczywistość - świat równoległy, który nie ma nic wspólnego z tym co widzimy. Wiem to, gdyż sama właśnie kończę pisać sprawozdanie na n-la mianowanego.
Podsumowując - zachód dogoniliśmy, a jakże. Szkoda tylko, że w zatrważającej liczbie niedożywionych dzieci z nadwagą (!).

Sorry Polsko...

czwartek, 30 maja 2013

Drogowskaz i liść

Kiedy człowiekowi jest za dobrze bywa, że musi dostać z tzw. "liścia" od otoczenia. Za co? Ano proszę Państwa za wielkie (dla Matki) nic, za to dla innych ogromne COŚ.
Każdy "liść" boli tym mniej im bardziej Matka uświadamia sobie, że trudno dogodzić wszystkim i być perfekcyjnym. Niewiarygodne jednak jest to, czym można nieświadomie skrzywdzić drugiego człowieka - nawet skarpetkami w paski i włosami koloru cooper blond. Tym, że wygląda się ładniej niż zwykle, albo jest się w zadziwiająco dobrej kondycji duchowej i psychicznej. Jeśli dodamy do tego bycie szczerym i bezpośrednim (okrutna wada Matki Królika) - nieszczęście murowane.

Praca z ludźmi ryzykowna jest. Szczególnie, kiedy trzeba być żelaznym drogowskazem, który powinien wskazywać właściwą drogę. Źle jest kiedy drogowskaz wskazuje zbyt wysoko, źle - kiedy za nisko. Powinien być z drewna, z metalu, z żywego ciała, niski, wysoki, martwy, żywy, nie za wesoły i niezbyt smutny, umieć przywitać swoimi dwustoma rękami na raz i podarować trzysta uśmiechów, ale nie za szerokich....omajgudnessss i na tym etapie Matka nie ogarnia i szczerze mówiąc nawet nie zamierza.
"Liścia" zaś trzeba posłusznie przyjąć i dopisać do długiej listy niekonstrunktywnej krytyki, przerobić go na konstruktywną, otrzepać się z niepotrzebnych emocji i iść dalej.

Matka domyśla się, że ten wpis niechcący też może kogoś urazić, więc z góry przeprasza i powiada, że nie miała złych intencji, a to powyżej to forma autoterapii, bo na psychoterapię Matki nie stać :-)

poniedziałek, 20 maja 2013

special coffee with special person

Są takie osoby w życiu Matki Królika, które niezmiennie będą ją inspirować i motywować. Osoby niedostępne jako bliscy Matki do wiadomości opinii publicznej. Takie, którym nie wypada rzucić się na szyję przy ludziach, choć czasem bardzo by się chciało - szczególnie po długim okresie rozstania.

Dwudziestominutowa kawa z takim człowiekiem nasyca. Sprawia, że dzień na chwilkę zwalnia. Kalendarze i telefony spokojnie odpoczywają, czekając na swoją kolej, rozmowy z potrzebującymi czekają te jedyne, wyjątkowe 20 min., aż zniknie ostatnia kropla z białej filiżanki; aż zostanie zamknięty krótki prywatny temat, a jego miejsce zajmie ten ważniejszy - trochę mniej osobisty.

Latynoska kawa, kiedyś pita na przekór - czarna, słodka i gorąca w toku wspólnych spraw stała się, nie wiedzieć kiedy bardzo skandynawska - biała, gorzka i zimna. Do tego bardzo szybka i konkretna, ale jakże cenna.

sobota, 11 maja 2013

Ona

Nie mam cytryny, żeby zaparzyć jej czarną herbatę z miodem. Muszę zrobić zieloną. Nie mam też liściastej więc włożę do dużego kubka dwie torebki, tak jak dla siebie.
Czekam, każda minuta przybliża mnie do jej uśmiechu, uścisku w drzwiach i omówienia ostatnich kilku dni z każdej możliwej perspektywy.
Już coraz mniej boimy się mówić. Coraz częściej cisza zapada dopiero nocą, kiedy zasypiamy nad kolejnym wyszukanym w sieci kawałkiem ciekawej muzyki, albo kiedy Tata Królika każe iść do łóżek bezdyskusyjnie.
Jest cudem! Jest milczeniem i rozmową w jednym. Nie zastępuje nikogo, bo jest wyjątkowa i sama się dla mnie rysuje na wewnętrznej stronie moich powiek. Pozwala mi głaskać porośnięte mchem drzewa, podczas gdy sama zajmuje się poważną rozmową z moim synem. Modlitwa z nią nie jest walką, a spokojną rozmową z Nim o tym co istotne. Bez fajerwerków i wodotrysków.
Kiedy wychodzi, zwykle na ostatni pociąg, zostawia w moim domu swój zapach i kubek po herbacie, który zawsze zdąży wystygnąć zanim się rozstaniemy. To znaczy, że nie była za krótko, ale w sam raz na podzielenie coraz częściej wspólnych myśli.
Następnym razem zadbam o to, żeby cytryn nie zabrakło.

piątek, 10 maja 2013

Znalezione o Emigrantce

/Ku mnie/

Moje kroki stawiasz ostrożnie

Serce wynosisz na świeże powietrze

Uczysz na nowo każdego słonecznika

Gdy mówię - "Znikam!"

Jesteś wciąż, Jesteś jeszcze

Jak maki w przedziale

Jak słowa trzy w telefonie




 
Wątpliwej jakości-emocjonalne (maj2008)
Matka przypomniała sobie ten dzień, kiedy dwie wariatki wysiadły z pociągu złapać okazję do Częstochowy, bo z Radomska na piechotę było za daleko, a na torach leżał doszły, albo niedoszły samobójca. To był czas, kiedy Emigrantka odpięła Matce smycz i powiedziała. Biegnij! A jak się przewrócisz, to położę się obok ciebie i tak sobie poleżymy. Dziećmi ma się kto zająć.






 

środa, 8 maja 2013

Wredne minuty

Stopczas na środę też potrzebny Matce. Z przerażeniem patrzy jak poranne minuty uciekają z krzykiem: "Tyle masz do zrobienia! Skończ pić tą kawę i rusz tyłek do roboty!".  Wredne kawałki czasu, stresujące i nie pozwalające przysiąść na jedną chwilę by spokojnie na piśmie poukladać własne myśli.

Ponoć tak już jest, że im człowiek starszy tym krócej trwa dzień, godzina. Przerażające. Trzeba dzielić się na części wybierając starannie komu lub czemu oddać swoje cenne minuty.
Na szczęście są czynności, które wykonywane "2in1" umilają wredny czas i pozwalają go nieco zaoszczędzić: gotowanie ze sluchawkami na uszach, picie kawy z K.S. na linii, który motywuje "siostrę przełożoną" do ogarnięcia się, wieczorny spacer niesamotny donikąd z rozmową o wszystkim i niczym w tle, wspólne czytanie książki.

A kawa dziś wypita była w tym oto kubku.

sobota, 4 maja 2013

Z tatką Królika

Wyrodni rodzice pozbyli się dziecka na półtora majówkowego dnia. Rewelacja! A nawet megarewelacja Matka śmie twierdzić. All things are possible, nawet grill w deszczu o 23 pod wiaduktem na dąbrowie. Nie jest to wprawdzie Rzym, ale widać każdy ma to na co sobie zasłużył.

Sobota leniwie ciągnie się przy dźwiękach Imogen Heap. Wspólna sobota od nie pamiętam jakiego czasu. Z porannymi (no powiedzmy, że porannymi) zakupami, kawą pitą w łóżku, segregowaniem prania i zdjęć.

W takich chwilach Matka chciałaby mieć stopczas.

czwartek, 2 maja 2013

W krainie deszczowców

Mokra ziemia od deszczu. Liście przyklejone do butów i zapach lasu. Matka odleciała dziś daleko. Dzięki Bogu spadł deszcz, inaczej spacer z Królikiem między drzewami nie byłby możliwy. Dla nas jednak to maj wyjątkowo przyjazny w strugach deszczu, który zmywa kurz, pyłki brzozy i inne duszące stwory. Wcale nie potrzebowaliśmy niebieskiego nieba - białe w zupelności nam wystarczyło. Było dość jasno żeby zobaczyć mech na kamieniu, białe i fioletowe kwiaty, zeszłoroczne szyszki; dość ciepło, żeby myśli nie zamarzały w pół słowa.
Królik przeszczęśliwy wyznał miłość Miss D., która (kobieta niezniszczalna) niosła go "na barana", a może na dragona :-)  przez długi czas. W zamian szybko się jej oświadczył i odśpiewał całe One way ticket dwa razy. Matka zaś jedną dziesiątą myśli była przy tych, którzy musieli dziś siedzieć w suchym biurze i wzięła dla nich mokrą szyszkę z lasu. Do czasu kiedy się zobaczymy zdąży już pewnie wyschnąć. Cóż jednak, tyle mogła i chciała zrobić.



piątek, 26 kwietnia 2013

Foch

Generalnie rzecz biorąc Matka trwa od kilku dni (od środy) w stanie permanentnego obrażenia, że to K. a nie ona jest u Tej co się oswaja z emigracją. Wszystko byłoby może i dobrze, gdyby nie to, że K. jeszcze śmie opisywać to na swoim blogu.
Ciężko zniosła dziś w pracy brak świecenia się gmaila WINu. WIN, ewentualnie prywatny profil Emigrantki, świecić się musi i Amen, gdyż jego wygaszenie obfituje zatruwaniem życia innym ludziom ciężko pracującym na chleb po drugiej stronie komputera.
Tak, Matkę zżera tęsknota z kopytami i śmie twierdzić, że dawno już tak nie było. Może to dlatego, że ostatnio czytałyśmy tą samą książkę, albo z powodu tego spaceru w wyobraźni, wiszenia na trzepaku i podjadania kremu z ptysia.

Peesy do K.

PS. Czy ja spałam na naleśniku, a nie wiem o tym?
PS2: Dość masz gdy masz Emigrantkę moją, słońce to już zbytek łaski :P Pomodlę się o deszcz, zobaczymy czyj "Bóg" silniejszy Ktosia czy Matki.
PS3. Wracasz to gramy!


niedziela, 21 kwietnia 2013

Wiedza istotna :)

- Królik, napiszemy coś na blogu?
- Napisz, że tata ma mi zbudować autobus z lego.

Po tym krótkim dialogu Matka próbowała wyjaśnić synowi na czym polega pisanie na blogu. Zjechało jednak na tematy bliższe przewrażliwionemu sześciolatkowi. Czyli: Co z jutrzejszą wycieczką? Co będzie jak nie będę potrafił zrobić tego o co pani mnie prosi? Czy tata zdąży wrócić przed nocą. wszystko okraszone było solidną dawką łez olbrzymich i zarzutów, że Matka wcale nie potrafi go wychować.

- A na czym Twoim zdaniem polega wychowywanie? - zapytałam
- No nie wiesz? Na tym, że Ty masz mnie pocieszyć jak ja płaczę.
- A w jaki sposób miałabym Cię pocieszyć?
- Porozmawiaj ze mną i powiedz, że wszystko będzie dobrze.
- Ale przecież ja to już mówiłam milion milionów razy!
- No widzisz? Mówiłem, że nie umiesz wychowywać!

Po powyższym tekście Matka poszła się lekko załamać, ale tylko lekko, gdyż do 6-latków trzeba mieć duuuuży dystans. A do przewrażliwionych sześciolatków, których Matka od dzieciństwa "choruje" na to samo - tym bardziej. Nastroje Królikowe mają się jednak nijak do serii bardzo istotnej wiedzy, którą posiadłam dziś, a właściwie posiadłyśmy razem z Miss D. Otóż jeśli ja chcę być Twilight Sparkle, a Miss D. księżniczką Celestią to znaczy, że ona będzie musiała być moją mentorką. Nie wiecie o co chodzi? Hmmm, a Rainbow Dash? Shining Armor? Pewnie też wam nic nie mówi i pewnie, też nie wiecie, że można "wyrzygiwać" listy razem z ogniem jak Spike. No cóż, po dzisiejszym dniu ja już wiem. I zdecydowanie wolę Little Pony od Monster High.

Kto pierwszy zgadnie imię kucyka - temu kupię krówki!

piątek, 19 kwietnia 2013

Otwarcie sezonu

SP164, www.szkolnictwo.pl
Sezon podwórkowy Matka uważa za otwarty. Wczoraj po raz pierwszy od kilu miesięcy na naszym wypasionym stymulującym dziecięcą kreatywność karolewskim placu zabaw (boisko przed szkołą, górka i drzewa) zebrała się cała banda matek i ojców. Nie widzieliśmy się dość dawno, nie licząc mijanek w korytarzu przedszkolnym i drobnych uszczypliwości dotyczących porannego niewyspania, nieuczesania i generalnego nieogarnięcia.
 
Banda zaległa na pseudo trybunkach boiskowych wyposażona w: soczki, bułki, owoce, rowery, hulajnogi i spędziła tam czas do zachodu słońca gadając o pracy, kobietach (!), dzieciach, pogodzie, dietach. O tym, że nasza podwórkowa pani prawiedoktor biotechnolog powinna przeprowadzić badanie kałuży - ulubionej nota bene przez nasze dzieci, w której odbywa się większość najlepszych zabaw.
 
Jeszcze przed zachodem słońca panie karmiące zwinęły się, żeby zadbać o swoje młodsze potomstwo spoglądając na Matkę zazdrośnie, że może na chwilę obecną zignorować obowiązki domowe za cenę ostatnich promieni słońca i wymiany zdań z kolegami tatusiami.
 
Matka lubi sezon podwórkowy. Lubi nawet tatę Igi, który choć do bólu szczery, do podwórkowej bandy pasuje w sam raz i bez pytania wie, że Matce trzeba w kiosku kupić zielone orbitki - kiedy prosi o jakiekolwiek.

niedziela, 14 kwietnia 2013

Takie dzisiaj

Są takie dni, których trailer powinniśmy dostawać w chwilach, kiedy jest naprawdę ciężko. Dni, w których nawet fizyczne niedogodności nie są w stanie przysłonić kolorów, dźwięków i smaków. Dzisiaj - Matki osobistym zdaniem  - jest warte listu gratulacyjnego dla Tego, który owo dzisiaj stworzył.
 
Zapiszę sobie ten dzień, żeby przypominać sobie w razie potrzeby uśmiech K., pięć gwizdków, biegnących szaleńców, chusteczki powtykane w uszy, Little Star tańcząca sambę i spacer w towarzystwie lodów waniliowych z dużą ilością czekolady (bez truskawek) z tradycyjnym omijaniem kolejnych przystanków.

Thank You Lord!

sobota, 13 kwietnia 2013

Sobota

Sobota. Krótka poranna wymiana zdań z T. uświadamiająca mi moją zołzowatość. Szybkie, smsowe "Dzień Dobry" ze zwariowanym El'  i nieśpieszne śniadanie + kawa/herbata z Miss D., która pokazuje Matce, że warto rozmawiać i żyć po prostu.

Sobota. Generalnie osobisty szabat, a jednak gdzieś tam jednak z tyłu głowy ludzie (jw), których kochać jest łatwo. Przedpołudniowe zakupy z Little Star - dające poczucie, że nie trzeba mieć prawdziwej rodziny, żeby doświadczać tego, że ma się siostrę, z którą można wspólnie kupować jabłka i papierowe ręczniki.

Sobota. To dziś Matka zapadnie się bezwstydnie w książkę, która już stygnie i nabiera mocy. Będzie dzielić jeszcze świeże myśli przyjaciółki zza morza, która dopiero co skończyła ją czytać. Taka wymiana warta jest niedomytej podłogi, obiadu gotowanego na raty i poświęcenia wieczornego wyjścia. 


środa, 10 kwietnia 2013

wtorek, 9 kwietnia 2013

Lody waniliowe z truskawkami ;)

prawodogotowaniazpasja.blox.pl
Dni zabiegane jak każdej normalnej matki. Praca-przedszkole-dom i czasem znów praca - ta przyjemniejsza, wieczorowa z grupą ciekawych ludzi. Choć pada się na ryj - warto jest. Poznaje się poglądy tych, z którymi w jednym "zborzu" się rosło przez jakiś czas. Odkrywa zupełnie nowe rzeczy.

W ramach tego okrywania. Matka uczy się nowych istotnych ludzi po kawałku. Dziś Matka wpadła na to, że ci, z którymi przebywamy mogą być jak wafle ryżowe z mussli, waniliowe lody z truskawkami i gorąca czekolada z kilkoma kroplami koniaku. Porównanie może dość dziwne, ale za to jak bardzo znaczące. Kiedy masz ochotę na waniliowe lody, nie zastąpią ci ryżowe wafle, a gorącej czekolady nie pija się codziennie.

Tak czy inaczej na dzień dzisiejszy Matka jest na etapie tych lodów, którymi stara się delektować w miarę możliwości, żeby nie pożreć ich w przeciągu pięciu minut. Truskawki leżące na wierzchu cudownie pachną słońcem i są... hmmm... optymistyczne? Tak, te truskawki są zdecydowanie optymistyczne ;)

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

(*)

"Dzisiaj jest takie ładne" - napisała kilka tygodni temu A. 

Wczoraj też było ładne, mimo że z tyłu głowy wciąż rozbrzmiewały smutne wiadomości, o ludziach, których wprawdzie Matka nigdy nie widziała, ba nawet nigdy nie czytała tej osławionej książki, która wniosła rewolucję organizacyjną do kościołów ewangelikalnych dzieląc je na te pro-przywódcze i pro-służebne.

Tak, o Ricku Warrenie - świadomym celu myślę. i myślałam cały wczorajszy dzień, nie obciążając zbytnio ludzi wokół i zrzucając wszystko na specyficzny czas w kobiecym cyklu. 
Żywię ogromną nadzieję, że "strażnicy czystości duchowej" nie będą się na teologiczne wytłumaczenie TEGO - byłoby to bowiem podłe i bez serca.

"Dzisiaj jest takie ładne" - takie ładne, że ci najsłabsi sobie z tym nie radzą.

Drogi czytaczu, bez względu na to czy traktujesz Warrenów poważnie, czy w ogóle ich znasz, czy są dla Ciebie "światowymi liderami" lub zupełnie obcymi ludźmi - potrzebują tego, żeby być z nimi w myślach, w modlitwie.