![]() |
| Fot. nerissa's ring |
Włosy mi siwieją w zastraszającym tempie. Codziennie rano budzę się z nowym srebrnym włosem na głowie. Jak tak dalej pójdzie, to za kilka miesięcy zamiast czarnych włosów będę miała białe. Może moja głowa chce się upodobnić do nadchodzącej zimy? Może zamieniam się w White Witch C.S Lewis'a?
Grudzień się zbliża, a wraz z nim moje uczenie się lubienia nadchodzących dni. Jak powszechnie wiadomo Matka Królika okresu świątecznego nie lubi z różnych zarówno komercyjnych, jak i rodzinnych względów. Próbowała się już wiele razy zmusić, wpadając np. w szał gotowania, choinkowania, nabijania goździkami pomarańczy. Nic jednak nie zabije poziomu stresu związanego z obchodami Bożego Narodzenia. Diabelstwo - można by powiedzieć. Takie fajne święto, zakasowane przez to co TRZEBA, a nie to co by się chciało.
Matka Królika chciałby wszak wyjechać z rodzinką i ewentualną przyjacielską doczepką gdzieś, gdzie w wełnianych swetrach, przy blasku świec (tudzież kominka), dzieciom opowiedzieć po raz kolejny jak to było z narodzinami Jezusa. "Bez fanfar i bez tłumów, w zwyczajną cichą noc", a później pod choinką ubraną w cukierki i plasterki cytrusów bawić się prezentami aż do upadłego. Następnego dnia zaś długo spać, po to by po południu iść do kościoła (takiego ni to katolickiego, ni to zielonego), żeby pośpiewać wszystkie kolędy świata.
A tymczasem, jak się nie ma co się lubi... to się dziękuje za to co jest.
Grudzień się zbliża, a wraz z nim moje uczenie się lubienia nadchodzących dni. Jak powszechnie wiadomo Matka Królika okresu świątecznego nie lubi z różnych zarówno komercyjnych, jak i rodzinnych względów. Próbowała się już wiele razy zmusić, wpadając np. w szał gotowania, choinkowania, nabijania goździkami pomarańczy. Nic jednak nie zabije poziomu stresu związanego z obchodami Bożego Narodzenia. Diabelstwo - można by powiedzieć. Takie fajne święto, zakasowane przez to co TRZEBA, a nie to co by się chciało.
Matka Królika chciałby wszak wyjechać z rodzinką i ewentualną przyjacielską doczepką gdzieś, gdzie w wełnianych swetrach, przy blasku świec (tudzież kominka), dzieciom opowiedzieć po raz kolejny jak to było z narodzinami Jezusa. "Bez fanfar i bez tłumów, w zwyczajną cichą noc", a później pod choinką ubraną w cukierki i plasterki cytrusów bawić się prezentami aż do upadłego. Następnego dnia zaś długo spać, po to by po południu iść do kościoła (takiego ni to katolickiego, ni to zielonego), żeby pośpiewać wszystkie kolędy świata.
A tymczasem, jak się nie ma co się lubi... to się dziękuje za to co jest.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz