Nie mam cytryny, żeby zaparzyć jej czarną herbatę z miodem. Muszę zrobić zieloną. Nie mam też liściastej więc włożę do dużego kubka dwie torebki, tak jak dla siebie.
Czekam, każda minuta przybliża mnie do jej uśmiechu, uścisku w drzwiach i omówienia ostatnich kilku dni z każdej możliwej perspektywy.
Już coraz mniej boimy się mówić. Coraz częściej cisza zapada dopiero nocą, kiedy zasypiamy nad kolejnym wyszukanym w sieci kawałkiem ciekawej muzyki, albo kiedy Tata Królika każe iść do łóżek bezdyskusyjnie.
Jest cudem! Jest milczeniem i rozmową w jednym. Nie zastępuje nikogo, bo jest wyjątkowa i sama się dla mnie rysuje na wewnętrznej stronie moich powiek. Pozwala mi głaskać porośnięte mchem drzewa, podczas gdy sama zajmuje się poważną rozmową z moim synem. Modlitwa z nią nie jest walką, a spokojną rozmową z Nim o tym co istotne. Bez fajerwerków i wodotrysków.
Kiedy wychodzi, zwykle na ostatni pociąg, zostawia w moim domu swój zapach i kubek po herbacie, który zawsze zdąży wystygnąć zanim się rozstaniemy. To znaczy, że nie była za krótko, ale w sam raz na podzielenie coraz częściej wspólnych myśli.
Następnym razem zadbam o to, żeby cytryn nie zabrakło.
sobota, 11 maja 2013
Ona
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz