czwartek, 3 kwietnia 2014

Przystanek zawodowy

Matka od jakiegoś czasu pracuje w nowym miejscu. Równie specyficznym co poprzednie, bo jak twierdzą niektórzy obserwatorzy, do normalnej pracy się nie nadaje. Powiada wam jednak, że znalezienie pracy, po nastu latach w dość osobliwej branży jest albo cudem, albo niezaprzeczalnym świadectwem tego, że gdzie diabeł nie może tam...no właśnie.
Znalezienie pracy w przeciągu 1,5 m-ca z przysłowiowym nożem na gardle było prawdziwym wyzwaniem, kosztującym Matkę kilka nieprzespanych nocy, kreatywnie spędzonych nad takim konstruowaniem ofert (tzw. listów motywacyjnych i cv), które nie ujawniałby zbyt wiele drażniących szczegółów.

Koniec końców Matka ma szczęśliwy przystanek zawodowy w bardzo osobliwym, żeby nie powiedzieć hipsterskim miejscu, zwanym Baśniowym Biurem. Specyfika pracy mocno teatralna z tą różnicą, że każdy wie, że to teatr i nie udaje, że ma to coś wspólnego z normalnym życiem. Nic tutaj nie jest normalne, ale każdy się na to godzi z pełną świadomością, podpisując umowę, w której nie jest wszakże zapisane w jakiej formie zostanie wypłacona pensja. Czy to ważne jednak? Tak proszę Państwa. Jeszcze do wczoraj, kiedy koleżanka z biura zafascynowana chwaliła się swoją nową sakiewką (!) w panterkę, Matka nie rozumiała jej ekscytacji. Zrozumiała, po wypłacie w bilonie o nominale 5 zł. i dziś idzie sobie zakupić woreczek na pieniążki.

piątek, 7 lutego 2014

Update

Zawieszenie Matki na jakiś miesiąc wcale nie oznacza, że jej tu nie ma. Myśli o Was drodzy czytacze zawsze ciepło i uśmiechem, którego ponoć ostatnio trochę mniej na matkowym licu. 

Jak się Matka ogarnie zawodowo, znajdzie czas na kolejną polemikę, krótkie recenzje życia codziennego, książek, relacji i innych drobnostek. Chwilowo jednak, życie Matki obfituje w nadmiar komputera czyt. poranne aplikowanie do firm różnych, przedpołudniowe domykanie obowiązków w pracy, popołudniowe ogarnianie domu, wieczorne i nocne zamykanie ogólnopolskiego projektu, który Matkę "zabił czasowo", ale już wkrótce finalizuje się cudem, albo raczej dobrą wolą ludzi, którzy jeszcze chcą i mają siłę pracować przy nim non profit (!) ufając dzielnie, że zapłata obfita czeka na nich w niebie. 



środa, 4 grudnia 2013

Gra, a może życie :)

Nikt nie mówił, że Matka jest normalna. Niektórzy nawet twierdzą, że jest z Marsa (wcale nie z Wenus) albo z K-Pax. Emigrantka twierdzi z pełną świadomością, że Królik posiada mamę kosmitkę, ba nawet sam ma pewne kosmiczne elementy w sobie. Jeśli spojrzymy na to z perspektywy bycia częścią wszechświata, to tak, z całą pewnością jesteśmy kosmitami.

To, że Matka jest graczem namiętnym, to już niektórzy wiedzą. Np. Ci, którzy pokusili się spotkać z nią w Westeros. Oczywiście, że nie wygrała gry o tron, ale za to rozgrywała ją z pełną świadomością. Trudno nie wykorzystać faktu bycia Matką, kobietą, dziewczyną w gronie męskim. O ile w pracy (niepracy) Matki, kobieta ma pod górkę, bo musi zacisnąć zęby i działać w tle, co w oczywisty sposób walczy z jej osobistą dumą i w cudownie zabija wszelkie oznaki pychy, o tyle w zabawie... Otóż to, tam wychodzi z Matki wszystko to, czego w życiu codziennym robić nie wolno, nie wypada.

Matka jest już dużą dziewczynką i grę traktuje jako formę rozrywki, która daje olbrzymią przyjemność i satysfakcję, tym bardziej, że zmusza do chodzenia i poznawania nowych, interesujących ludzi. Zastanawiające jest jednak to, jak mocno osobiście można podchodzić do tych nierealnych rozgrywek. Czasem, kiedy Matka patrzy na wszystko z boku zastanawia się, czy tego typu zabawa nie powinna być poprzedzona badaniem dojrzałości emocjonalnej. Nigdy nie wiesz, w którym momencie przekraczasz cienką granicę ego przeciwnika w grze i zaczynasz wchodzić w jego terytorium psychologiczne, zupełnym przypadkiem nadeptując na odcisk deficytów.

Podsumowując jednak:
Wieczory, weekendy, a czasem poranki Matki, od momentu wejścia na "magiczne" wyższe levele są dość zabawne. Towarzystwo poszerzyło się nieco, o kolejnych panów (!), jakby  nie dość ich było w pracy i w domu. Ilość wyskakujących hangoutów dobiła do końca ekranu w komputerze, a Tata Królika z przerażeniem obserwuje wciąż wibrujący telefon, który trzeba ignorować, bo inaczej nie dałoby się żyć w rzeczywistości.

Gdzie czas na normalność? W rozmowach Drodzy Państwo, pomiędzy grą, zabawą, ustalaniem strategii, jest czas, żeby nadstawić ucho i posłuchać co innym w duszy gra, a czasem odpowiedzieć pomiędzy pierwszym a setnym hackiem. A w tzw. międzyczasie porobić zdjęcia miejsc absurdalnych.










czwartek, 7 listopada 2013

Samolubny MEM

Wpadła Matce w oko, przy bardzo zwyczajnej, pół służbowej-pół prywatnej okazji kasiążka, z serii popscience. Zacne ponoć dzieło, które zdaniem osobistym matki jest 
a.w całości akceptowalne przez ateistów ignorantów b.niedotykane i traktowane z obrzydzeniem przez teistów ignorantów.

Ponoć miała ona dokonać rewolucji w świecie ludzi wiary, jakoś jednak rozgłos jej przycichł. Ci, którzy mieli zachować wiarę, polemizując z argumentami, z których nieliczne sięgają i zatrzymują się gdzieś w okresie Powstania Styczniowego - zachowali ją. Bogatsi o jakże "przydatne" i równie "empirycznie weryfikowalne" jak sam Bóg pojęcie memu na ten przykład. 

Tak, to już widać. Matka nie lubi Dawkinsa. Nie lubi go już od czasu stwierdzenia, że gen jest samolubny, co zakłada z góry, że jest on istotą myślącą. Popscience-fiction. Matka woli fauny, mówiące sarny i elfy - antropomorfizm wszak jest cechą charakterystyczną baśni, a nie nauki. 

Nie, Matka nie zgadza się, że wiary nie da się połączyć z nauką. A Einstein, Newton, Pascal, Kopernik? Czy wiara z założenia wyłącza rozum, jeśli dopuszcza istnienie czegoś, czego nie jest się w stanie ogarnąć, co ma w sobie element niezbadanej tajemnicy. Bóg w Trójcy jest tajemnicą. (Antytrynitarianie mnie teraz zlinczują). Horyzonty zdarzeń, teoria zamkniętej czasoprzestrzeni zapewne tego elementu sekretu nie posiada. Obydwie są w pełni sprawdzalne. Tak? To czemu Matka nie ma w domu drzwi, które otwierają tunel czasoprzestrzenny? Fajnie by było. 

Poza tym Darwinizm nie wylkucza teizmu - teraz zabiją mnie ci od kreacjonizmu i inteligentnego projektu. Choć Matka osobiście nie wierzy w to, że świat powstał z wielkiego skoncentrowanego "nic", które wybuchło. 

Wracając zaś do samego tytułu. Mem (taki kulturowy gen, socjologiczny wzorzec informacji) no cóż. Wiara w Boga jest memem, Matka się zgadza. Wiara w memy, też może być memem. Boga nikt nigdy nie widział, memu też, a skoro sam Dawkins mówi, że jeśli czegoś nie da się zweryfikować empirycznie to owo "coś" nie istnieje. Dowód na istnienie memu jest więc równy dowodom na istnienie Boga. Zaprawdę powiada wam Matka, ateizm w postaci Dawkinsowskiej jest mocno skomplikowany i wymaga odrobiny wiary ;) 

Podsumowując, Matka mimo wszystko rozumie gościa i jego polemikę z religią, która w swojej skrajnej postaci jest niszczącym wirusem. Tylko jaki ma cel zawężanie islamu jedynie do szyitów albo talibów, albo chrześcijan do purytan lub katolików. 

Nie wiem czy Matka zachęciła Was, czy zniechęciła. Warto (a może wcale nie warto) uzbroić się w cierpliwość, której Matce szczerze mówiąc zabrakło i rzucić okiem na "Boga Urojonego". Jeśli utwierdzi Was to w przekonaniu, że Boga nie ma - gratuluję wiary w Dawkinsa, a jeśli sprawi, że Bóg zacznie mieć znamiona urojenia, zweryfikujcie szybko, bo być może w Waszym przypadku Dawkins ma trochę racji i zadziałał mem religii, a przecież to nie religia - TO RELACJA.