Przygotowując się wczoraj do lekcji z grupą ponadgimnazjalną, która liczy sobie zawrotną ilość członków – dwóch, natknęłam się na takie oto zdanie:
To jest właśnie tajemnica świętych, że świętość ich przejawia się przede wszystkim w stosunku do ludzi. W. Korniłowicz
W obliczu wielu moich ostatnich przemyśleń i tego, jaką ja sama musze prezentować „świętość”, skoro docierają do mnie różne (niepotwierdzone przeze mnie) ciekawostki na mój własny temat daje mi to wiele do myślenia.
Zaznajomiłam się ostatnio dość blisko z pewną dziewczyną. Relacja nasza oparta na telefonach, mailach, blogach i gadaczach, z dnia na dzień zacieśniała się coraz bardziej. Modliłyśmy się o siebie, rozmawiałyśmy o stworzeniu i Stwórcy. Po jakimś czasie, mało istotne już w jakich okolicznościach, nasza znajomość nagle się urwała, aby później znowu „nagle” i „spontanicznie” się odrodzić. Dlaczego piszę „…”, bo owo „nagle i „spontanicznie” już nie miało w sobie znamion piękna relacji międzyludzkiej, ale ramy jakichś religijnych nakazów, które odsunęły nas od siebie. Podzielił nas mur „Strażnicy” i zdaje się moja Chrystusowa inność.
Czy ja również odrzucę człowieka i jego chęć bycia blisko, jeśli powie mi, że nie wierzy w Chrystusa? Jak wtedy będę mogła okazać swoją świętość?
3 komentarze:
" [..] docierają do mnie różne (niepotwierdzone przeze mnie) ciekawostki na mój własny temat" mistrzowskie zdanie - czytaj, w Zborze znów polowanie na czarownice?
Tego wcale nie napisałam, to już nadinterpretacja ;)
Hmm, ciekawe czemu akurat na czarownice...
Prześlij komentarz