poniedziałek, 13 października 2008

Moje różne dzieci

Wiecie, albo nie wiecie, dzieci mam wiele poza swoim osobistym, własnym Królikiem. Z przyjemnością patrzę zatem jak jedne z nich rosną, a inne dopiero uczą się żyć. Wiele razy kładłam się spać z ich problemami, a dziś patrzę jak: wychodzą za mąż, uczą się z wielkich opasłych książek, robią zastrzyki chorym, podróżują do Paryża.

O inne dzieci modliłam się, żeby znalazły spokojny kąt w Narnii. Z dnia na dzień bowiem zdaję sobie sprawę, że to nie nasza Narnia, ale Boża, nie muszę się zatem o nic martwić, nic robić na siłę, ale wszystko tak jak potrafię najlepiej (choć w istocie nie potrafię).
Wciąż mam w pamięci to, jak zostali nam przysłani ludzie do pomalowania korytarza - spadli nam właściwie z nieba jakby w ponad naturalny sposób.



Nie musiałam stawać na rzęsach, żeby namówić ich do tego - po prostu, wzięli i zrobili. Nie byli odpowiedzią na moją usilną modlitwę, ale jedynie na ciche westchnięcie.

A to Dzieci Narnii:

1 komentarz:

Aguś pisze...

Cudownie!!!:) Bóg poraz kolejny pokazuje mi, że troszczy się o wszystko!!!