czwartek, 22 listopada 2012

Coraz bliżej święta, choć jeszcze daleko

Fot. nerissa's ring
Włosy mi siwieją w zastraszającym tempie. Codziennie rano budzę się z nowym srebrnym włosem na głowie. Jak tak dalej pójdzie, to za kilka miesięcy zamiast czarnych włosów będę miała białe. Może moja głowa chce się upodobnić do nadchodzącej zimy? Może zamieniam się w White Witch C.S Lewis'a?

Grudzień się zbliża, a wraz z nim moje uczenie się lubienia nadchodzących dni. Jak powszechnie wiadomo Matka Królika okresu świątecznego nie lubi z różnych zarówno komercyjnych, jak i rodzinnych względów. Próbowała się już wiele razy zmusić, wpadając np. w szał gotowania, choinkowania, nabijania goździkami pomarańczy. Nic jednak nie zabije poziomu stresu związanego z obchodami Bożego Narodzenia. Diabelstwo - można by powiedzieć. Takie fajne święto, zakasowane przez to co TRZEBA, a nie to co by się chciało.

Matka Królika chciałby wszak wyjechać z rodzinką i ewentualną przyjacielską doczepką gdzieś, gdzie w wełnianych swetrach, przy blasku świec (tudzież kominka), dzieciom opowiedzieć po raz kolejny jak to było z narodzinami Jezusa. "Bez fanfar i bez tłumów, w zwyczajną cichą noc", a później pod choinką ubraną w cukierki i plasterki cytrusów bawić się prezentami aż do upadłego. Następnego dnia zaś długo spać, po to by po południu iść do kościoła (takiego ni to katolickiego, ni to zielonego), żeby pośpiewać wszystkie kolędy świata.

A tymczasem, jak się nie ma co się lubi... to się dziękuje za to co jest.

niedziela, 18 listopada 2012

Koniec Łikendu

Weekend (nie tylko alfowy) czas zakończyć. Matka Królika pada na twarz szczerze mówiąc. Dużo wrażeń, dużo ludzi i dużo modlitwy jak na służbę Matki przystało.
 
Wciąż zadziwia ją dlaczego tak się akurat poukładało, że zołza z buntowniczą naturą i wiecznym "ale", do TAKICH zadań została pokierowana przez Szefa. Z drugiej strony jednak daje to szansę wszystkim innym "zołzowatym", bo skoro może Matka - to może każdy.
Po tak intensywnej sobocie Pan Bóg zwykle zakłada Matce na nos swoje różowe okulary, względnie zdejmuje czarne i przez długi czas Matka w każdym potrafi dostrzec Jego obraz i podobieństwo. Stan powyższy trwa sobie do czasu pierwszego totalnego wnerwu, w którym Matka Królika zaczyna rozumieć dlaczego "żałował Bóg, iż uczynił człowieka".

PS. Niektórzy byli w kinie, na niekoszernym filmie. Matka tez by chciała iść :( Może być zwykłe polskie, a nawet łódzkie kino.

piątek, 16 listopada 2012

Drimlajner

Fot. R.Mateja
Wylądował wczoraj ku uciesze chłopaków czatujących na lotnisku w Warszawie. Matka Królika zwykle nie interesuje się wyżej wymienionymi sprawami, ale odkąd zrozumiała, że górki spotterskie w Łodzi są dwie, a nawet jedna, a spotter nie jest tym samym co stalker - nie mogła sobie odmówić oczekiwania na pierwsze spotterskie zdjęcie z dnia wczorajszego.

Nie było mnie tam. Nie widziałam na żywo drimlajnera. Nie widziałam też znajomego, który zawsze kojarzył mi się z próbami nauczenia opornych studentów języka hebrajskiego, a ku mojemu zaskoczeniu okazał się tym na s. od samolotów. To może tłumaczyć ten "flow" w rozmowie od pierwszego wejrzenia.

Królik matejkowego zdjęcia jeszcze nie widział, ale wczoraj przed spaniem słowo "dreamliner" wymówił chyba ze sto razy, gdyż Tata królikowy stwierdził, że nie pójdzie spać dopóki nie wymówi go w sposób prawidłowy.

Wszystkich spotterów świata Matka Królika pozdrawia.

czwartek, 15 listopada 2012

Królikowo Reaktywacja

 Wiem, wiem. Obiecałam, zarzekałam się, że już nie będę. Serce me krwawiło, ludzie mnie wnerwili i wiele innych okoliczności złożyło się na blogową obrazę w tym oto miejscu. Było minęło jednak ;)

Reaktywacja została poczyniona z trzech przyczyn, w tym dwóch okrutnych i grzesznych:

1. Z zazdrości, że inni mogą się uzewnętrzniać, a Matka narzuciła sobie kaganiec i powiedziała NIE
2. Z nadmiaru niewykonanej pracy, która ciągnie się od końca października, leży odłogiem, męczy, wierci w głowie wielkim wyrzutem sumienia. Nadmiar bowiem tworzy niechęć, a niechęć prowadzi do robienia wszystkiego innego poza tym co zrobić powinnam.
3. BO TAK!!!

Nie gwarantuję tego, że za chwilę nie zniknę stąd tak samo szybko jak się pojawiłam, bo obserwatorzy wytkną mi dysfunkcyjną naturę ekshibicjonistki, a ja się przejmę, uwierzę i obrażę. Zatem chwilowo jestem. Z Królikiem (zwanym na potrzeby domu czasem Kitkiem lub Kiciusiem) już prawie sześcioletnim i Tatą Królika co to lubi Łódź i wierzy, że kiedyś będzie tu lepiej.