Jak się nie ma ciastoliny, to sobie można pomóc w inny sposób. Zresztą za moich przedszkolnych czasów o plastelinę było ciężko, a o ciastolinie nikt nie słyszał, no chyba że dzieci prominentów, którzy jeździli w delegacje do USA albo do RFN.
My z Królikiem w kosmicznie nudne dni chorób wszelkich radzimy sobie tak:
1 szklankę mąki pszennej,
1 szklankę soli drobnoziarnistej,
3 łyżki mąki ziemniaczanej,
1 łyżkę cukru,
około 1/2 szklanki wody (stopniowo),
2 łyżki oleju
i zagniatamy ciasto oczywiście razem z dzieckiem*.
A tej wody to trzeba dolewać tak na oko, żeby masa nie wyszła za rzadka. Później to już do dzieła. Królik najbardziej lubi lepić góry, po których jeżdżą auta, a ja aniołki.
* Właśnie przeczytałam i się uśmiałam. Oczywiście, że nie zagniatamy dziecka z ciastem, tylko dziecko nam pomaga :) w zagniataniu ciasta.
5 komentarzy:
Fajna to sprawa, a i dziecko się czegoś uczy :), może ja to na swoim kiedyś wypróbuje, bo dla samego siebie nie chce mi się tego robić hehe ;) Fajnie móc czytać twojego bloga, jakoś wcześniej nie miałem takiej okazji :)
Bo wcześniej był zawieszony, a teraz się odwiesił :)
to fajnie bo lubię Twoje opowieści:) swoją drogą mój też się zawiesił.. a nie wiem dlaczemu:)
a ja bym lepił małe Balrogi :P
JB - to weź go odwieś, kilka słów na dwa dni, to nie dużo, a ja też Cię lubię czytać.
tanatosiu - No dawno się tak nie uśmiałam :) Małe Barlogi są git.
Prześlij komentarz