poniedziałek, 1 marca 2010

Mączno-solne ulepianki

Jak się nie ma ciastoliny, to sobie można pomóc w inny sposób. Zresztą za moich przedszkolnych czasów o plastelinę było ciężko, a o ciastolinie nikt nie słyszał, no chyba że dzieci prominentów, którzy jeździli w delegacje do USA albo do RFN.

My z Królikiem w kosmicznie nudne dni chorób wszelkich radzimy sobie tak:

1 szklankę mąki pszennej,
1 szklankę soli drobnoziarnistej,
3 łyżki mąki ziemniaczanej,
1 łyżkę cukru,
około 1/2 szklanki wody (stopniowo),
2 łyżki oleju

i zagniatamy ciasto oczywiście razem z dzieckiem*.

A tej wody to trzeba dolewać tak na oko, żeby masa nie wyszła za rzadka. Później to już do dzieła. Królik najbardziej lubi lepić góry, po których jeżdżą auta, a ja aniołki.



* Właśnie przeczytałam i się uśmiałam. Oczywiście, że nie zagniatamy dziecka z ciastem, tylko dziecko nam pomaga :) w zagniataniu ciasta.

5 komentarzy:

yaro399 pisze...

Fajna to sprawa, a i dziecko się czegoś uczy :), może ja to na swoim kiedyś wypróbuje, bo dla samego siebie nie chce mi się tego robić hehe ;) Fajnie móc czytać twojego bloga, jakoś wcześniej nie miałem takiej okazji :)

m.glaz pisze...

Bo wcześniej był zawieszony, a teraz się odwiesił :)

JB pisze...

to fajnie bo lubię Twoje opowieści:) swoją drogą mój też się zawiesił.. a nie wiem dlaczemu:)

Anonimowy pisze...

a ja bym lepił małe Balrogi :P

m.glaz pisze...

JB - to weź go odwieś, kilka słów na dwa dni, to nie dużo, a ja też Cię lubię czytać.

tanatosiu - No dawno się tak nie uśmiałam :) Małe Barlogi są git.